O Wielkanocy z dziećmi – dialog ze złośliwym komentarzem

Udział biorą: tata, mama, Emilka (lat 5) i Marta (lat 3). W dwóch aktach.

Akt I

Tata gadał z dziećmi, że idą takie święta, i że one są o tym, że Pana Jezusa ludzie zabili, ale potem zmartwychwstał [trudne słowo], czyli, że znowu żył. I, że my kiedyś też umrzemy [tak jak babcia - Emilka pamięta], ale potem – dzięki Panu Jezusowi – znów będziemy żyli.

Emilka: a dlaczego zabili Pana Jezusa?

Tata [próbując pominąć całą niepotrzebną metafizykę wskoczył w myśl społeczną]: Pan Jezus robił dużo dobrych rzeczy – pomagał ludziom, uzdrawiał jak byli chorzy, dawał jeść, jak byli głodni. Ale na świecie są źli ludzie. Złym ludziom nie podobało się to, co robił Pan Jezus. Dlatego go zabili. Ale źli ludzie nie mieli racji, przegrali i Pan Jezus wrócił do życia.

Akt II [rekonstruuję, nie było mnie]

Mama o tym, że Pan Jezus miał uczniów, których nazywamy apostołami.

Emilka: wszystkich? [ze zdziwieniem, że 12 chłopa może mieć tak samo na imię]

Mama: no, był Jan, Jakub, Mateusz, różnie…

Emilka: a jakieś dziewczyny? [brawo!]

Mama: no były Marta i Magda…

Emilka: a dlaczego Pana Jezusa powiesili na krzyżu? [ma pewną wiedzę, z przedszkola / szkółki]

Mama [jednak metafizycznie i po protestancku - koncepcją ofiary zastępczej]: Pan Jezus zmarł za nas.

Emilka patrzy ze zdziwieniem.

Mama: to tak, jakbyś zrobiła coś złego, a Marta dostała za to karę.

Marta: ja nie chcę kary! [ryczy]

Emilka [ten poziom makabry i zarazem internalizacji dogmatu osiąga niewielu dorosłych]: mama, a my też będziemy wisieć na krzyżu?

Mama [dumny z niej byłem, rozwiązała problem moją teorią, choć wcale o tym nie rozmawialiśmy]: jeśli będziemy robić dobre rzeczy, to będą jacyś źli ludzie, którym się to nie będzie podobać, i będą nam chcieli zrobić krzywdę.

Marta [przerażenie w oczach]: mama, ja się boję Pana Jezusa!

Mama przytula Martę, uspokaja i mówi: ale Pan Jezus jest dobry. Przytulał dzieci, opowiadał im bajki i nie trzeba się go bać.

Emilka: a buzi też im dawał?

Tu mama modli się, żeby Pan Jezus przytulił Martusię i opiekował się nią w nocy.

Po modlitwie Emilka: i co, przytulił?

A chaotyczne wnioski:

  • Wielkanoc w dialogu z dziećmi jest dużo trudniejsza niż Boże Narodzenie. Ale też daje większe możliwości;
  • Nawet w domu gdzie krucyfiksu nie uświadczysz – 3latka potrafi złapać lęk na myśl o Panu Jezusie. Ciekawe, czy to jakieś obrazy / krzyże na cmentarzu podziałały na wyobraźnię, czy sama opowieść o ukrzyżowaniu potrafi to wywołać;
  • Nie kumam, dlaczego w dialogu z dziećmi odruchowo mówi się Pan Jezus;
  • Historia ukrzyżowania i zmartwychwstania ma potężną, formatywną moc. Za 20 lat może się okazać że cały czas ma ogromny wpływ na moje dzieci. Na dobre i złe.

Ciężkie życie proroka

Prorokowanie to zajęcie obciążone dużym ryzykiem. W Starym Testamencie prorok miał dwa wyjścia: albo mówił tak, by słuchacze klaskali, albo tak, że czuli się obrażeni. W pierwszym przypadku prędzej czy później orzekano, że prorok był fałszywy, w drugim stwierdzano, że to prorok prawdziwy. Marna była to jednak pociecha dla samego zainteresowanego, którego w międzyczasie tłum zlinczował, ukamienował, zrzucił z grani, zamurował w więzieniu etc. W praktyce okazywało się, że dobry prorok to martwy prorok. O takim albo zapominano i dawano mu spokój, albo też czczono, stawiano pomniki, a na co poważniejsze rocznice odczytywano z nabożną czcią jego mowy.

O reakcji słuchaczy na proroka wspominam nieprzypadkiem. Zwykle gdy przychodzi do definiowania proroka / proroctwa – pojawiają się dwie możliwości.

(1) Ze względu na treść: proroctwo to mowa dotycząca przyszłości. Istotnie często tak jest, jednak definicja okazuje się zbyt wąska. Wielokrotnie prorocy mówią o ważnych sprawach bieżących, reinterpretują przeszłość by nadać jej określone znaczenie. Sposób mówienia o wydarzeniach przyszłych ma często charakter perswazyjny, a ich nadejście w wielu proroctwach wcale nie jest przedstawiane jako pewne. Takie wypowiedzi mają strukturę typu: jeśli się nie upamiętacie (i tu wymieniane są grzechy grzeszników), to Pan ześle sąd/karę na was (i tu przedstawiane są plagi, jakie grzeszników dotkną, często wymieniane są mocarstwa, które grzeszników najadą i na kopytach koni/wielbłądów rozniosą). Proroctwo jest więc warunkowe, stanowi ostrzeżenie, dowód fair play ze strony Boga, który ostrzega, zanim ukarze. Ostatecznie jednak nie da się utrzymać definicji proroctwa jako mowy o przyszłości.

Potrzebna jest więc inna definicja – (2) ze względu na pochodzenie: proroctwo to słowa pochodzące (bezpośrednio) od Boga. Stary Testament wyraża się treściwie: i rzekł Pan do Jeremiasza, i posłał Pan swego proroka, a prorok otwiera swe przemówienie słowami: tak mówi Pan. Prawdopodobnie na wczesnym etapie rozwoju wspólnoty prorocze miały mistyczny lub kontemplacyjny charakter. Proroctwo przychodziło w postaci ekstazy, którą prorocy przeżywali często wspólnie. Dziś podobny klimat obecny jest w części wspólnot charyzmatycznych, których członkowie wspólnie praktykują spontaniczne modlitwy, często płynnie przechodzące w glosolalia, spontaniczne zaśpiewy i recytacje fragmentów Pisma. Jednocześnie klimat oczekiwania na działanie Ducha Świętego powoduje, że uczestnik chętnie daje się ponieść wydarzeniom i obniża, lub wyłącza próg racjonalnej oceny. Takie miejsca stanowią doskonały klimat rodzenia się wizji, metafor i obrazów podchwytywanych i rozszerzanych przez wspólnotę. Nie próbując odpierać zarzutów, że takie imprezy stanowią pole do manipulacji etc stwierdzam, że warto mieć miejsce, gdzie taki klimat można praktykować bezpiecznie. Choćby jakiś klub techno.

Jakkolwiek proroctwo na wczesnym etapie wygląda właśnie w ten sposób – to jednak Pismo nie zachowało zbyt wiele tego rodzaju proroctw. To co mamy, to często perły literatury starohebrajskiej, zaawansowaną strukturalnie poezję, teksty ludzi wyedukowanych, nierzadko zaangażowanych politycznie, świadomych historii swojego kraju i regionu. O ile nie wierzymy w koncepcję natchnienia Pisma wg której autor jest maszyną do pisania, za pomocą której Bóg mechanicznie podaje natchniony tekst, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób takie proroctwo pochodzi od Boga? Skoro nie w formie ekstazy (bo tekst jest zbyt zaawansowany) i nie został bezpośrednio przedyktowany (co słabo się broni z rozlicznych przyczyn) to w jaki sposób wiemy, że tekst jest od Boga?

I to proponuję definicję (3) ze względu na relację tekstu/mowy do słuchaczy, a konkretnie – ze względu na relację tekstu/mowy do strukturalnych uwarunkowań, w których ci słuchacze się znajdują. Proroctwo ma w tym momencie dwie cechy: jest jednocześnie głosem pochodzącym radykalnie spoza świata słuchaczy i głosem radykalnie istotnym dla tego świata. Prorok znajduje punkt odniesienia zewnętrzny wobec rzeczywistości do której prorokuje, zyskuje perspektywę pozwalającą mu obnażać schematy – patrzy spoza. Jednocześnie jest oddany światu  do którego prorokuje, gdy zsyła nań karę, to zsyła ją również na siebie samego (Jeremiasz wybiera się z wygnanymi do Egiptu, a Ezechiel do Babilonii) – patrzy więc również z wewnątrz.

Przykład podrzuca nam P. Yancey w Zaskoczeni Łaską, gdy pisze o Matce Teresie i jej wizycie u B. Clintona. Matka Teresa wielokrotnie prowadziła kampanie przeciwko aborcji i w przemówieniu do prezydenta mówi m. in.: dajcie mi te trzy miliony dzieci, przyjmę je z otwartymi ramionami [parafraza własna i z pamięci] – odwołując się do statystyk aborcji w USA. Stwierdzenie to świetnie interpretuje się jako prorocze. Z jednej strony jest ono tak nieprzystające i spoza systemu, że aż nieprawdziwe – obietnica nigdy nie zostanie zrealizowana z przyczyn praktycznych. Jednocześnie w prosty i radykalny sposób dotyka ono głęboko ukrywanego cuchnącego sedna systemu generującego problem aborcji i w tym sensie jest to stwierdzenie prawdziwe jako prorocze.

W napięciu pomiędzy spoza (z perspektywy Boga – jak kto woli) i z wewnątrz (w imię miłości do społeczności, której się prorokuje) – ego proroka ulega decentralizacji. Czasem jest to kwestia rezygnacji, niskiego poczucia własnej wartości, więc w końcu depresji i stanów lękowych (Jeremiasz, przez większość czasu jego pisarstwa), czasem życia w ciągłym zagrożeniu ze strony słuchaczy, które jednak nie powoduje rezygnacji z prorokowania (tu wielu, oj wielu), czasem zaangażowanie życia osobistego i małżeńskiego w przekaz proroczy, co z kolei prowadzi do jego ciężkich dysfunkcji (Ozeasz żeniący się z prostytutką).

Jeśli kościół chce być wspólnotą proroczą, znakiem obecności Boga na ziemi – a taka niewątpliwie jest jego rola – to z powyższych rozważań wypływają bardzo proste wnioski. Nie jest kościół prorokiem gdy zna przyszłość (gdy ściśle i precyzyjnie ustalił, dowiódł i obronił jakiś pogląd eschatologiczny). Nie jest prorokiem, gdy wykłóca się, że posiada boży autorytet, gdy ogłasza, że posiada relację z Bogiem, bo proroków poznaje się po owocach. Zamiast głośno trąbić tak mówi Pan, lepiej powiedzieć coś sensownego bez przesadnych wstępów. A historia oceni, czy tak mówił Pan.

Jeśli więc kościół chce być wspólnotą proroczą – musi być  radykalnie spoza i żyć radykalnie wewnątrz.  Paradoks polega na tym, że spoza i wewnątrz działają synergicznie, a nie antytetycznie. Częsty w ewangelikalnych kościołach koncept, że im mniej żyjemy na świecie, tym bardziej żyjemy z Bogiem jest smutną herezją wobec centralnego dla chrześcijaństwa dogmatu o wcieleniu Boga, który jest absolutnie odrębny od nas, a jednak staje się absolutnie taki jak my. Otóż tym bardziej żyjemy z Bogiem, im bardziej żyjemy w świecie, uczestniczymy w nim i niesiemy jego ciężar. Kościół idący tą drogą nie musi podkreślać swojej proroczej godności, lecz zostaje rozpoznany jako prorok i stosownie potraktowany. Albo na jego słowa słuchacze będą pokutować, albo ciskać kamienie. Dziś jednak najczęstszą reakcją jest obojętność, która nie jest problemem słuchaczy, lecz kościoła, który odmówił siebie światu i teraz potrafi mówić już tylko o rzeczach nieważnych.

Wieści ze Śląska

Jako że urwanie głowy – zarzucam tylko newsy / wiadomości / informacje. Parę rzeczy dojrzewa i chciałoby się w końcu napisać, ale nie ma czasu, poza tym – brak komputera w domu nie nastraja.

Niniejszym dwie sprawy związane pośrednio i bezpośrednio z pięknym miastem Katowicami:

  • Kaftan bloguje o postmodernistycznym chrześcijaństwie. Po angielsku tutaj, a zachęcon ze stron różnych by wnieść coś do polskiej dyskusji – zaczął po polsku tutaj. Polski Kaftan idzie do linków na prawą stronę. Po filozofie i wyznawcy Kierkegaarda dużo się spodziewam, więc śledzić będę.
  • W najbliższy weekend – w Katowicach właśnie – konferencja Stowarzyszenia Fala – 100oC. Czyli dużo znajomych, a wybieramy się oboje (dzieci u dziadków – szaleństwo). Na konferencji Zbyszek od fairtrade.net.pl poprowadzi seminarium o społecznym zaangażowaniu chrześcijan, a ja o strukturalnym rozwoju wiary i co z tego wynika dla relacji człowieka z kościołem. A mówiąc po ludzku – będzie o tym, dlaczego ludzie wypadają z kościoła i jak się do tego faktu ustawić.

Hermeneutyka etyczna – ćwiczenie

1. Polska Agencja Prasowa: iX, Ygrek i Zet późnym wieczorem konsumowali alkohol. Następnie zdecydowali się przejść na spacer. Szli wałem nad Odrą. Pokrywa śnieżna miała wysokość ok. 50 cm. iX postanowił się w tym śniegu wyturlać. Sturlał się z wału przewrotami w przód, następnie śrubą – bokiem, dalej przewrotami w tył i zjechał na brzuchu, twarzą w dół. Gdy iX dobrze zmarzł, iX, Ygrek i Zet postanowili powrócić do domu.

2. Brukowa prasa prawicowa: iX, Ygrek i Zet tradycyjnie łoili na swojej melinie. Będąc pod wpływem alkoholu – poszli na spacer. iX najwyraźniej miał słabszą głowę od swoich kompanów, więc – mówiąc kolokwialnie – palma mu odbiła. Jak idiota zaczął tarzać się w śniegu na wale przeciwpowodziowym. Naraził na niebezpieczeństwo tysiące ludzi, mógł wszakże uszkodzić wał, który chroni mieszkańców p0łudniowo-zachodniego Wrocławia przed wysokimi stanami wody na Odrze wiosną. Mógł także złamać sobie kręgosłup. Na szczęście Ygrek i Zet powstrzymali go przed zrobieniem sobie krzywdy. Po uspokojeniu Xa, powrócili do domu.

3. Kolorowe pisma młodzieżowe: iX, Ygrek i Zet mieli fajny melanżyk. Atmosfera była bardzo pozytywna, poszli więc na spacer. Ygrek i Zet okazali się sztywniakami, iX jednak dał się ponieść klimacikowi. Zobaczył zaspy ponad kolana – dziewiczy, nie ruszany śnieg. Dał upust swojej radości życia i spontaniczności, i kilkakrotnie sturlał się w śniegu z wału przeciwpowodziowego. Zapisując w pamięci kolejne, niecodzienne wspomnienie – wrócił z Ygrekiem i Zetem do domu.

* * *

Prosty przykład pokazuje rzecz oczywistą – na każde zdarzenie można patrzeć z wielu perspektyw. To w jaki sposób do zdarzenia się odniesiemy wynika m. in. z naszej – często nieuświadomionej – dyspozycji etycznej. Jeśli nasz świat skonstruowany jest z reguł, zasad których nie można przekraczać (np. zasada: dorośli ludzie nie powinni zachowywać się jak dzieci) – bliższy będzie nam opis nr 2. Jeśli cenimy indywidualizm, spontaniczność, nonkonformizm nad reguły – wybierzemy opis nr 3. Oczywiście praktyka naszego życia etycznego mieści się gdzieś pomiędzy – możemy cenić spontaniczność, a jednocześnie pewne sprawy uważać za zasadnicze i podlegające uregulowaniom.

To, co jest najciekawsze, to fakt, że opis nr 1 nie istnieje. Obiektywnie relacjonujący wydarzenia, bezemocjonalny i niewartościujący opis znika z chwilą gdy zaczynasz go czytać. Bowiem nawet gdy czytasz suche fakty, zaczynasz przypisywać do nich pewne emocje i wartości etyczne. Zaczynasz odbierać zachowanie iXa jako żenujące, gorszące, nieodpowiedzialne, nieprzystające do jego wieku/statusu, bądź też jako wzbudzające sympatię, zabawne, takie w którym też chcesz uczestniczyć.

Odbierając świat zewnętrzny, natychmiast go interpretujemy i używamy do tego celu rozmaitych składników naszej tożsamości, w tym również naszej predyspozycji etycznej. Ta z kolei może wynikać z masy rozmaitych uwarunkowań (np. doświadczenie domu, w którym panowały surowe zasady etc). Dlatego odbierając świat zewnętrzny – odbieramy samych siebie, przeglądamy się w lustrze. Warto o tym pamiętać, gdy próbujemy interpretować rzeczywistość dużo bardziej złożoną, a przede wszystkim – poddaną już jednej – medialnej – interpretacji.

Aha – Biskupin rządzi ;)

Diazepam dla tego pana

Ach, moje wnętrze, łono moje! Jakże muszę zwijać się cały w bólu! Ach, ściany mego serca, które się tak szamocą!

Spojrzałem na ziemię i zobaczyłem tylko bezład i pustkę, a gdy ku niebu wzrok podniosłem, nie dostrzegłem światła. Spojrzałem na góry i widzę, że drżą całe i że chwieją się już wszystkie szczyty.

(…) jestem zraniony, chodzę w żałobie, ogarnęło mnie przerażenie (…)

Płaczki mi tu wezwijcie, niech przyjdą! Poślijcie po najroztropniejsze, niech zaraz przychodzą! Szybko niech poczną nam nucić pieśń smutną. Niech łzy nam z oczu popłyną, niech mokre będą nasze powieki!

Biada mi, nieszczęsnemu! Nie do uleczenia są moje rany! A Ja sobie mówiłem, że to ból tylko, ale do zniesienia.

Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy (…)

Biada mi, moja matko, że mnie urodziłaś, męża swarliwego i skłóconego z całym światem!

Nigdy nie zasiadałem w gronie żartownisiów; trzymany pod Twą ręką zawsze byłem samotny, ponieważ stale napełniałeś mnie gniewem. Dlaczego mój ból nie ma granic, a moja rana jest nieuleczalna, niemożliwa do uzdrowienia?

Przeklęty niech będzie dzień, w którym się narodziłem, godzina mego urodzenia przez matkę niech nigdy nie będzie błogosławiona! Przeklęty człowiek, który ojcu memu doniósł, że mu się syn, chłopiec urodził, i wielką go wtedy napełnił radością. (…) Czemuż więc wyszedłem z łona mojej matki? Po to tylko, by znosić ból i utrapienie i w pohańbieniu dokonać żywota?*

Powyższe fragmenty pochodzą z wywiadu przeprowadzonego przez psychiatrę. Pacjent ma stany lękowe, trwałe poczucie beznadziei, braku sensu, chaotyczności i rozpadu otaczającego świata, niskie poczucie własnej wartości. Dysforia, zaburzenia snu i łaknienia. Stwierdzono depresję przewlekłą. Zaleca się podanie leków antydepresyjnych przy równoczesnym rozpoczęciu psychoterapii.

Jednocześnie macierzysta wspólnota religijna pacjenta obejmie go troskliwą opieką duszpasterską. Pacjent będzie miał okazję przebywać wśród wyrozumiałych, cierpliwych i pomocnych ludzi.

* * *

Słyszeliście zapewne kaznodziejski przykład o szklance wody, która dla jednych jest do połowy pusta, a dla innych do połowy pełna. Kaznodzieja zmierza do przekonania słuchaczy, że słuszną optykę przybrali ci drudzy – ci którzy widzą plusy zamiast minusów, możliwości zamiast zagrożeń etc. Mnie to jednak słabo przekonuje – zawsze gdy słyszałem ten przykład, cisnęło mi się do głowy pytanie: a dlaczego, do groma ciężkiego, ta szklanka nie może być cała pełna? lub choćby w trzech czwartych? To pusta przestrzeń jest miejscem zdobywania, odkrywania i rozwoju. Jest także źródłem bólu i cierpienia. A gdy naszą szklankę wypełniają kwestie fundamentalne – ból zaczyna ogarniać emocje właściciela szklanki, czasem – jak u Jeremiasza – przeradzając się w ból fizyczny.

Nie negując istnienia takich zjawisk jak depresja i dobry nastrój, pesymizm i optymizm – odnoszę wrażenie, że sporą część naszej energii w życiu duchowym, kościelnym i społecznym poświęcamy na tłumienie bólu, który właśnie powinniśmy poczuć.

* cytaty tendencyjnie i wybiórczo zaczerpnięte z Księgi Jeremiasza.