Prorokowanie to zajęcie obciążone dużym ryzykiem. W Starym Testamencie prorok miał dwa wyjścia: albo mówił tak, by słuchacze klaskali, albo tak, że czuli się obrażeni. W pierwszym przypadku prędzej czy później orzekano, że prorok był fałszywy, w drugim stwierdzano, że to prorok prawdziwy. Marna była to jednak pociecha dla samego zainteresowanego, którego w międzyczasie tłum zlinczował, ukamienował, zrzucił z grani, zamurował w więzieniu etc. W praktyce okazywało się, że dobry prorok to martwy prorok. O takim albo zapominano i dawano mu spokój, albo też czczono, stawiano pomniki, a na co poważniejsze rocznice odczytywano z nabożną czcią jego mowy.
O reakcji słuchaczy na proroka wspominam nieprzypadkiem. Zwykle gdy przychodzi do definiowania proroka / proroctwa – pojawiają się dwie możliwości.
(1) Ze względu na treść: proroctwo to mowa dotycząca przyszłości. Istotnie często tak jest, jednak definicja okazuje się zbyt wąska. Wielokrotnie prorocy mówią o ważnych sprawach bieżących, reinterpretują przeszłość by nadać jej określone znaczenie. Sposób mówienia o wydarzeniach przyszłych ma często charakter perswazyjny, a ich nadejście w wielu proroctwach wcale nie jest przedstawiane jako pewne. Takie wypowiedzi mają strukturę typu: jeśli się nie upamiętacie (i tu wymieniane są grzechy grzeszników), to Pan ześle sąd/karę na was (i tu przedstawiane są plagi, jakie grzeszników dotkną, często wymieniane są mocarstwa, które grzeszników najadą i na kopytach koni/wielbłądów rozniosą). Proroctwo jest więc warunkowe, stanowi ostrzeżenie, dowód fair play ze strony Boga, który ostrzega, zanim ukarze. Ostatecznie jednak nie da się utrzymać definicji proroctwa jako mowy o przyszłości.
Potrzebna jest więc inna definicja – (2) ze względu na pochodzenie: proroctwo to słowa pochodzące (bezpośrednio) od Boga. Stary Testament wyraża się treściwie: i rzekł Pan do Jeremiasza, i posłał Pan swego proroka, a prorok otwiera swe przemówienie słowami: tak mówi Pan. Prawdopodobnie na wczesnym etapie rozwoju wspólnoty prorocze miały mistyczny lub kontemplacyjny charakter. Proroctwo przychodziło w postaci ekstazy, którą prorocy przeżywali często wspólnie. Dziś podobny klimat obecny jest w części wspólnot charyzmatycznych, których członkowie wspólnie praktykują spontaniczne modlitwy, często płynnie przechodzące w glosolalia, spontaniczne zaśpiewy i recytacje fragmentów Pisma. Jednocześnie klimat oczekiwania na działanie Ducha Świętego powoduje, że uczestnik chętnie daje się ponieść wydarzeniom i obniża, lub wyłącza próg racjonalnej oceny. Takie miejsca stanowią doskonały klimat rodzenia się wizji, metafor i obrazów podchwytywanych i rozszerzanych przez wspólnotę. Nie próbując odpierać zarzutów, że takie imprezy stanowią pole do manipulacji etc stwierdzam, że warto mieć miejsce, gdzie taki klimat można praktykować bezpiecznie. Choćby jakiś klub techno.
Jakkolwiek proroctwo na wczesnym etapie wygląda właśnie w ten sposób – to jednak Pismo nie zachowało zbyt wiele tego rodzaju proroctw. To co mamy, to często perły literatury starohebrajskiej, zaawansowaną strukturalnie poezję, teksty ludzi wyedukowanych, nierzadko zaangażowanych politycznie, świadomych historii swojego kraju i regionu. O ile nie wierzymy w koncepcję natchnienia Pisma wg której autor jest maszyną do pisania, za pomocą której Bóg mechanicznie podaje natchniony tekst, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób takie proroctwo pochodzi od Boga? Skoro nie w formie ekstazy (bo tekst jest zbyt zaawansowany) i nie został bezpośrednio przedyktowany (co słabo się broni z rozlicznych przyczyn) to w jaki sposób wiemy, że tekst jest od Boga?
I to proponuję definicję (3) ze względu na relację tekstu/mowy do słuchaczy, a konkretnie – ze względu na relację tekstu/mowy do strukturalnych uwarunkowań, w których ci słuchacze się znajdują. Proroctwo ma w tym momencie dwie cechy: jest jednocześnie głosem pochodzącym radykalnie spoza świata słuchaczy i głosem radykalnie istotnym dla tego świata. Prorok znajduje punkt odniesienia zewnętrzny wobec rzeczywistości do której prorokuje, zyskuje perspektywę pozwalającą mu obnażać schematy – patrzy spoza. Jednocześnie jest oddany światu do którego prorokuje, gdy zsyła nań karę, to zsyła ją również na siebie samego (Jeremiasz wybiera się z wygnanymi do Egiptu, a Ezechiel do Babilonii) – patrzy więc również z wewnątrz.
Przykład podrzuca nam P. Yancey w Zaskoczeni Łaską, gdy pisze o Matce Teresie i jej wizycie u B. Clintona. Matka Teresa wielokrotnie prowadziła kampanie przeciwko aborcji i w przemówieniu do prezydenta mówi m. in.: dajcie mi te trzy miliony dzieci, przyjmę je z otwartymi ramionami [parafraza własna i z pamięci] – odwołując się do statystyk aborcji w USA. Stwierdzenie to świetnie interpretuje się jako prorocze. Z jednej strony jest ono tak nieprzystające i spoza systemu, że aż nieprawdziwe – obietnica nigdy nie zostanie zrealizowana z przyczyn praktycznych. Jednocześnie w prosty i radykalny sposób dotyka ono głęboko ukrywanego cuchnącego sedna systemu generującego problem aborcji i w tym sensie jest to stwierdzenie prawdziwe jako prorocze.
W napięciu pomiędzy spoza (z perspektywy Boga – jak kto woli) i z wewnątrz (w imię miłości do społeczności, której się prorokuje) – ego proroka ulega decentralizacji. Czasem jest to kwestia rezygnacji, niskiego poczucia własnej wartości, więc w końcu depresji i stanów lękowych (Jeremiasz, przez większość czasu jego pisarstwa), czasem życia w ciągłym zagrożeniu ze strony słuchaczy, które jednak nie powoduje rezygnacji z prorokowania (tu wielu, oj wielu), czasem zaangażowanie życia osobistego i małżeńskiego w przekaz proroczy, co z kolei prowadzi do jego ciężkich dysfunkcji (Ozeasz żeniący się z prostytutką).
Jeśli kościół chce być wspólnotą proroczą, znakiem obecności Boga na ziemi – a taka niewątpliwie jest jego rola – to z powyższych rozważań wypływają bardzo proste wnioski. Nie jest kościół prorokiem gdy zna przyszłość (gdy ściśle i precyzyjnie ustalił, dowiódł i obronił jakiś pogląd eschatologiczny). Nie jest prorokiem, gdy wykłóca się, że posiada boży autorytet, gdy ogłasza, że posiada relację z Bogiem, bo proroków poznaje się po owocach. Zamiast głośno trąbić tak mówi Pan, lepiej powiedzieć coś sensownego bez przesadnych wstępów. A historia oceni, czy tak mówił Pan.
Jeśli więc kościół chce być wspólnotą proroczą – musi być radykalnie spoza i żyć radykalnie wewnątrz. Paradoks polega na tym, że spoza i wewnątrz działają synergicznie, a nie antytetycznie. Częsty w ewangelikalnych kościołach koncept, że im mniej żyjemy na świecie, tym bardziej żyjemy z Bogiem jest smutną herezją wobec centralnego dla chrześcijaństwa dogmatu o wcieleniu Boga, który jest absolutnie odrębny od nas, a jednak staje się absolutnie taki jak my. Otóż tym bardziej żyjemy z Bogiem, im bardziej żyjemy w świecie, uczestniczymy w nim i niesiemy jego ciężar. Kościół idący tą drogą nie musi podkreślać swojej proroczej godności, lecz zostaje rozpoznany jako prorok i stosownie potraktowany. Albo na jego słowa słuchacze będą pokutować, albo ciskać kamienie. Dziś jednak najczęstszą reakcją jest obojętność, która nie jest problemem słuchaczy, lecz kościoła, który odmówił siebie światu i teraz potrafi mówić już tylko o rzeczach nieważnych.