Historia upartego zawora

pewnego dnia obudziły mnie metaliczne stukoty na zewnątrz domu, zaraz pod oknem. mieszkam sobie w starej kamienicy na parterze, ulica jest ruchliwa i przeciętne dźwięki nie robią na nikim wrażenia. tym razem jednak czuło się towarzyszącą poszczególnym stuknięciom wibrację. ktoś coś majstrował przy ścianie domu.
wdziawszy coś na się podszedłem do okna, a tu proszę – dwóch spoconych wąsaczy w waciakach klnie przy rurach w ścianie. zawór. nie ruszany odkąd pamiętam. nagle zaszła potrzeba, żeby nim pokręcić. smary, wd-40, ostukiwanie młotkiem, a jak zawodzą racjonalne środki, powrót do sprawdzonych metod pierwotnych: skląć go, aż się sam otworzy.
przychodzi sąsiad – złota rączka, drapie się po brodzie, w końcu idzie do szajerka i przynosi półtorametrową rurę. waciaki wieszają się na rurze, chwieją się na nogach, gną rurę, a zawór stoi w miejscu.
a morał z tego taki: kręć założeniami dotyczącymi życia / podejścia do ludzi / celów i przeznaczenia tego całego świata – póki jeszcze się ruszają. demaskuj schematy zanim je zaakceptujesz. odkręcaj zawory zanim zardzewieją.

Komentarzy: 2

  1. coz moge powiedziec…PRAWDA!ale panowie od taki spraw najczesciej (i nie wiem czemu) załatwiaja je rano kiedy człowiek spi:) chociaz od tego tez mozna wyciagnac wnioski…NIE SPIJCIE ;) ale nie przesadzajmy..hyhy

  2. test systemu. pozdro ;-)

    artomius


Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz