W ostatnim wpisie opowiedzieliśmy historię reformacji z uwzględnieniem tła światopoglądowego. Przepraszając za oczywiste uproszczenia próbujemy zbudować pewną analogię pomiędzy zmianą paradygmatu jaka dokonała się w XVI wieku (od średniowiecza i feudalizmu ku nowożytności i dojrzewającemu kapitalizmowi), do zmiany zachodzącej w drugiej połowie XX wieku i prawdopodobnie w pierwszej połowie XXI wieku. Upraszczając, mówimy tu o dwóch formacjach kulturowych – ustępującym modernizmie i nadchodzącym postmodernizmie. Mamy świadomość że ten podział jest dawno przestarzały – Derrida opublikował O gramatologii w 1967, Lyotard Kondycję ponowoczesną ze słynną tezą o nieufności wobec metanarracji napisał, gdy popielaty robił w pieluchy – 1979.
Ten prezentowany przez obu panów postmodernizm sensu stricto dawno ustąpił miejsca kolejnym szkołom myślowym, które jednak w dużej mierze korzystają z jego energii. Rację ma więc Colin Greene mówiąc o potrzebie spojrzenia na świat post-postmodernistyczny (o jego Metaviście pisałem tutaj). Jednak na potrzeby krytycznego spojrzenia na modernizm (jako epokę obejmującą XVI-XX wiek) postmodernizm staje się użytecznym narzędziem.
Gdyby spróbować zreferować kilka cech owego modernizmu:
- Ego-centryzm. Ludzkie ja jako podmiot poznawczy, zdolne w sposób obiektywny i nezaangażowany poznawać świat (Kartezjusz).
- Świat jako system. Bóg nie podtrzymuje już świata swoim tchnieniem, rzeczy nie istnieją dlatego, że jako idee funkcjonują w umyśle Boga. Bóg jest potrzebny tylko do nakręcenia zegarka, który potem działa już sobie sam, co szybko zaczyna oznaczać, że ów Bóg nie jest potrzebny do niczego.
- Te dwie cechy światopoglądu nowoczesnego (docenienie człowieka jako podmiotu poznawczego i odarcie świata z metafizyki) prowadzą do niesamowitego rozwoju nauki i techniki. Teologia przestaje być królową nauk, bo wiedzę o świecie zdobywa się systematycznie poznając go, a nie kontemplując doktrynę Boga.
Poszczególne wersje protestanckich teologii silnie wspierają się na tych założeniach. Oczywiście nadal występuje pojęcie opatrzności bożej, deizm jest zjawiskiem dość marginalnym, dominuje jednak racjonalne myślenie o objawieniu, weberowskie odczarowanie świata, które w życiu kościelnym zyskuje najpełniejszy wyraz w teologii liberalnej II poł XIX wieku. Teologia ewangelikalna jest równie mocno osadzona w tych paradygmatach: zbawienie traktowane jest (prawdopodobnie wyłącznie) w kategoriach jednostkowych, wspólnota staje się wtórna. Jako, że świat jest systemem, a Biblia wyjaśnia w jaki sposób ten system działa – pojawiają się próby precyzyjnego określenia wydarzeń końca czasów. Te uszczegółowione eschatologie nierzadko stanowią narzędzie identyfikacji kościelnej wyznawców.
Kiedy nowa formacja kulturowa uderza w fundamenty poprzedniego systemu światopoglądowego – teologia zbudowana na atakowanych właśnie założeniach traci swoją moc. Ostatni wielki kryzys cywilizacyjny (II Wojna Światowa) pokazał, że modernistycznym ideałem może okazać się nie zdrowe, silne, ciągle rozwijające się społeczeństwo, lecz horror totalitaryzmu. Rozpadł się mit o społeczeństwie jako cudownym mechanizmie, okazało się ono samobójczą maszynerią.
Dwie wojny i dwa totalitaryzmy to także upadek mitu o stałym wzroście i postępie. Hegel ze swoimi dziejami ciągle wzrastającego ducha, Marks, u którego historia jest drogą ku coraz doskonalszym systemom społecznym, Nietzsche z człowiekiem wyzwolonym z moralności sługi poddani zostają przez historię ostrej weryfikacji. Ubermensch i Klasa Robotnicza okazali się potworami.
Człowiek przestał być niewzruszonym, samoistnym podmiotem poznawczym, bo okazało się że jego poznanie jest uwarunkowane – miejscem w historii, metanarracją w której jest zanurzony, wychowaniem – wszystkim. Nawet nauka nie okazała się poznaniem obiektywnym, wolnym od założeń. Tym bardziej szeroko pojęta teologia. Człowiek przestał także być jednostką. Jest teraz człowiekiem-w-grupie-społecznej, bywa traktowany pojedynczo, ale nigdy nie jest już wydzieloną, autonomiczną jednostką.
Kościoły, które znam, budują swoją teologiczną myśl na:
- przekonaniu o zdolności człowieka do obiektywnego poznania i udanego werbalizowania poznawanych treści (niepodważalne doktryny),
- wierze w postęp, choć tu postęp może oznaczać czasem rozkład i degrengoladę – bo są to widoczne znaki przyjścia Pana (taka, a nie inna eschatologia),
- traktowaniu jednostki jako wyodrębnionej ze społeczności (zbawienie jako kwestia osobistej decyzji).
U podstaw ich teologii leży wszystko to, co od lat 60-tych ubiegłego stulecia (conajmniej) poddawane jest udatnej krytyce. Założenia, które przechodzą do historii.
Perscy królowie karali przestępcę srogo: zostanie wyrwana z jego domu belka (Ezd 6:11). Ta kara spotkała kościół gdzieś na przełomie XV-XVI wieku. Podobnie teraz – z gmachu teologicznego któryśmy sobie budowali, wyrwano belkę. Oby historia nie dokończyła swojej kary: zostanie wyrwana z jego domu belka, na którą zostanie wbity.
Ciąg dalszy nastąpi.
2 komentarzy
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz









Dajesz, dajesz.
[...] II, czyli jak przetrwać zmianę Pisałem tutaj, że dotarliśmy do takiego punktu historii, w którym tworzenie kolejnej wersji teologii opartej [...]